Dywizjon 303 w Bitwie o Anglię. Fakty, mity i bój o brytyjskie niebo
126 zestrzelonych samolotów według meldunków bojowych z 1940 roku, rygorystyczna rewizja historyków i 58 bezwzględnie potwierdzonych zwycięstw, które i tak uczyniły z Polaków najskuteczniejszą formację myśliwską RAF-u. Jak piloci z Northolt przełamali początkowy sceptycyzm brytyjskiego dowództwa, dlaczego Urbanowicz i Zumbach strzelali z odległości 50 metrów i jak fenomen overclaimingu wpłynął na legendę bitwy. Prezentujemy stan badań Jacka Kutznera, Wojciecha Matusiaka i Roberta Gretzyngiera.
Z tej publikacji dowiesz się:
- 01Przełamanie brytyjskiego sceptycyzmu: Przed sierpniem 1940 roku RAF obawiał się bariery językowej, rzekomej niesubordynacji i złamanego morale Polaków po klęskach w Polsce i Francji. Zamiast walki przydzielono im szkolenie na rowerach po lotnisku w Northolt.
- 02Bunt Paszkiewicza i natychmiastowa gotowość: Samowolny atak por. Ludwika Paszkiewicza na formację bombowców 30 sierpnia 1940 r. i zestrzelenie Messerschmitta Bf 110 przekonały dowództwo do natychmiastowego włączenia dywizjonu do walki operacyjnej od 31 sierpnia.
- 03Taktyka 50 metrów kontra brytyjskie schematy: Piloci wyszkoleni w dęblińskiej Szkole Orląt odrzucili sztywny brytyjski szyk „Vic” oraz strzelanie z 300–400 metrów, atakując bombowce Luftwaffe z odległości 50–100 metrów, co gwarantowało natychmiastową destrukcję celów wiązką 8 karabinów Browning.
- 04Rygorystyczna rewizja historyczna zestrzeleń: Meldunki wojenne i Arkady Fiedler przypisywali jednostce 126 zestrzelonych samolotów. Badania Jacka Kutznera, Roberta Gretzyngiera i Wojciecha Matusiaka w archiwach Luftwaffe zweryfikowały tę liczbę do 58–60 bezwzględnie zniszczonych maszyn – co nadal dało Polakom pierwsze miejsce wśród wszystkich dywizjonów RAF w bitwie.
- 05Niezwykły fenomen Josefa Františka: Czeski pilot, który wybrał służbę u boku Polaków, stał się najskuteczniejszym alianckim asem Bitwy o Anglię z 17 potwierdzonymi zestrzeleniami samolotów wroga w niespełna cztery tygodnie września.

Piloci Dywizjonu 303 w bazie RAF Northolt w październiku 1940 roku opierający się o usterzenie myśliwca Hawker Hurricane Mk I. Od lewej: ppor. Mirosław Ferić, por. Bogdan Grzeszczak, por. Jan Zumbach, ppor. Zdzisław Henneberg oraz dowódca brytyjskiej eskadry F/Lt John Kent. Skierowani do walki dopiero w krytycznej fazie bitwy, Polacy przełamali sceptycyzm brytyjskiego dowództwa i stali się najskuteczniejszą formacją myśliwską RAF-u w obronie Londynu.
Gdy w upalny poranek 2 sierpnia 1940 roku na podlondyńskim lotnisku RAF Northolt oficjalnie formowano 303 Dywizjon Myśliwski Warszawski im. Tadeusza Kościuszki, brytyjskie dowództwo traktowało polskich lotników z jawną rezerwą i chłodnym dystansem. W oczach oficerów Air Ministry przybysze z kontynentu byli żołnierzami dwóch przegranych kampanii – polskiej i francuskiej – których morale podejrzewano o głębokie załamanie, a temperament o skłonność do porywczości i brak dyscypliny. Zaledwie sześć tygodni później ci sami piloci stali się bohaterami brytyjskiej prasy, a ich agresywny styl walki, połączony z bezwzględną dyscypliną ogniową, uczynił z 303 Dywizjonu najgroźniejszą formację myśliwską broniącą nieba nad Londynem.
Wokół bojowego debiutu „Kościuszkowców” narosły przez dekady dziesiątki legend, ugruntowanych w masowej wyobraźni przez słynną wojenną książkę Arkadego Fiedlera. Oficjalny wojenny bilans 126 zestrzelonych maszyn niemieckich stał się symbolem polskiego wkładu w ocalenie Wielkiej Brytanii. Dopiero współczesne, benedyktyńskie badania historyków lotnictwa – w tym Jacka Kutznera, Roberta Gretzyngiera, Wojciecha Matusiaka i Jerzego Cynka – którzy skonfrontowali brytyjskie meldunki operacyjne z mikrofilmami niemieckich strat archiwalnych (Generalquartiermeister der Luftwaffe), pozwoliły ustalić rzeczywisty, wolny od wojennej propagandy przebieg bitwy. Choć zweryfikowana liczba zwycięstw okazała się niższa od wojennych deklaracji, to rygorystyczna analiza strat przeciwnika potwierdziła coś znacznie ważniejszego: polscy piloci byli bezdyskusyjnie najskuteczniejszą formacją myśliwską całego RAF Fighter Command w kluczowej fazie Bitwy o Anglię.
Z popiołów września i Francji do Northolt: Geneza 303 Dywizjonu
Droga polskich pilotów na podlondyńskie lotniska wiodła przez dramatyczną odyseję wojenną. Po klęsce wrześniowej 1939 roku tysiące polskich lotników, realizując rozkazy Naczelnego Wodza, przedarło się przez Rumunię, Węgry, Jugosławię i Grecję do Francji. W polskim dowództwie panowało przekonanie, że u boku potężnej Armée de l’Air natychmiast wrócą do walki. Rzeczywistość w bazach Lyon-Bron i Montpellier okazała się bolesnym rozczarowaniem: francuskie dowództwo zwlekało z formowaniem polskich dywizjonów, przydzielając pilotom przestarzały sprzęt (m.in. myśliwce Caudron CR.714) i ograniczając ich udział do improwizowanych kluczy kominowych broniących ośrodków przemysłowych.
Gdy w czerwcu 1940 roku Francja skapitulowała, generał Władysław Sikorski podjął zdecydowaną decyzję o ewakuacji całego polskiego wojska na Wyspy Brytyjskie. W dramatycznych okolicznościach, na pokładach brytyjskich niszczycieli i statków handlowych odpływających z portów w Bordeaux, Saint-Jean-de-Luz i La Rochelle, do Wielkiej Brytanii dotarło ponad 8 tysięcy oficerów i mechaników Polskich Sił Powietrznych. 5 sierpnia 1940 roku premier RP i Naczelny Wódz gen. Sikorski podpisał z premierem Winstonem Churchillem historyczną umowę wojskową, na mocy której Polskie Siły Powietrzne miały operować w ramach RAF jako suwerenna formacja sprzymierzona, nosząca polskie dystynkcje i polskie godła, podległa jednak operacyjnemu dowództwu brytyjskiemu.

Historyczne godło 303 Dywizjonu Kościuszkowskiego: czerwono-białe pasy, trzynaście błękitnych gwiazd, krakowska rogatywka i dwie skrzyżowane kosy. Emblemat zaprojektowany w 1919 roku przez por. pil. Elliota Chessa dla amerykańskich ochotników 7. Eskadry Myśliwskiej walczącej w wojnie polsko-bolszewickiej powrócił na kadłubach maszyn w Bitwie o Anglię.
Dywizjon 303 przejął bogatą tradycję przedwojennej 111. Eskadry Myśliwskiej Brygady Pościgowej, która z kolei wywodziła się w prostej linii ze słynnej 7. Eskadry Myśliwskiej im. Tadeusza Kościuszki z 1920 roku, sformowanej z amerykańskich ochotników pod dowództwem mjr. pil. Cedrica Fauntleroya i kpt. pil. Meriana C. Coopera. Zgodnie z brytyjskimi przepisami organizacyjnymi na czele jednostki stanęło podwójne dowództwo: brytyjski Squadron Leader Ronald Kellett oraz doświadczony polski oficer, kpt. pil. Zdzisław Krasnodębski. Eskadrami dowodzili brytyjscy oficerowie F/Lt John Kent i F/Lt Athol Forbes, a ich polskimi odpowiednikami byli por. pil. Witold Urbanowicz i por. pil. Ludwik Paszkiewicz.
Bariera zaufania i brytyjski sceptycyzm: Od rowerów w Northolt do 30 sierpnia
Pierwsze tygodnie w bazie Northolt upływały pod znakiem wzajemnej nieufności i frustrujących nieporozumień. Dowódca RAF Fighter Command, Air Chief Marshal Sir Hugh Dowding, oraz dowódca kluczowej 11. Grupy Myśliwskiej, Air Vice-Marshal Keith Park, podchodzili do obcokrajowców z ogromną ostrożnością. Brytyjczycy obawiali się bariery językowej w dynamicznej walce kołowej, nieznajomości żargonu radiowego (R/T) oraz odmiennych nawyków pilotażowych. Podczas gdy polscy piloci byli weteranami z setkami godzin w powietrzu, którzy w walkach nad Polską i Francją zestrzelili dziesiątki wrogich maszyn, instruktorzy RAF traktowali ich jak nowicjuszy.
Jednym z najbardziej upokarzających dla Polaków elementów szkolenia były ćwiczenia na trawiastym polu w Northolt, gdzie doświadczeni kapitanowie i porucznicy musieli jeździć na rowerach wyposażonych w kompasy i atrapy słuchawek radiowych, symulując manewry w szyku i reagowanie na komendy brytyjskiego naprowadzania naziemnego. Prawdziwym wyzwaniem było przestawienie się na imperialny system miar (wysokość podawana w stopach zamiast metrów, prędkość w milach na godzinę zamiast km/h, paliwo w galonach) oraz obsługa skomplikowanej aparatury radiowej. Polacy musieli także oduczyć się nawyków z polskich myśliwców PZL P.11c, w których manetkę gazu przesuwało się do tyłu, by dodać mocy – w maszynach brytyjskich ruch ten był odwrotny, co przy lądowaniu groziło przeciągnięciem i katastrofą.

Por. pil. Zdzisław Krasnodębski – pierwszy polski dowódca Dywizjonu 303. Odegrał kluczową rolę w integracji jednostki z personelem brytyjskim i egzekwowaniu żelaznej dyscypliny. 6 września 1940 roku został ciężko poparzony po zestrzeleniu jego myśliwca nad Kentem.
Przełom w relacjach z dowództwem nastąpił 30 sierpnia 1940 roku. Tego dnia eskadra „B” pod dowództwem S/Ldr Ronalda Kelletta wykonywała rutynowy lot treningowy w rejonie St Albans, ćwicząc przechwytywanie w oparciu o namiary stacji radarowych Chain Home. W pewnym momencie lecący w szyku por. pil. Ludwik Paszkiewicz dostrzegł kilkaset metrów niżej formację kilkunastu niemieckich bombowców pod osłoną ciężkich myśliwców dwusilnikowych Messerschmitt Bf 110. Mimo braku rozkazu od dowódcy formacji i obowiązującej ciszy radiowej, Paszkiewicz zameldował przez radio o kontakcie bojowym, odłączył się od eskadry i runął w dół.
Polak zaszedł z tyłu jednego z Messerschmittów 110 i z odległości zaledwie 100 metrów otworzył ogień z ośmiu karabinów maszynowych. Prawy silnik niemieckiej maszyny stanął w płomieniach, samolot zwalił się przez skrzydło i runął na ziemię w pobliżu Buntingford w hrabstwie Hertfordshire. Po wylądowaniu w Northolt Kellett wezwał Paszkiewicza do gabinetu i w ostrych słowach zganił go za jawne złamanie dyscypliny i samowolne opuszczenie szyku. Następnie uścisnął mu dłoń, pogratulował pierwszego zestrzelenia i natychmiast połączył się telefonicznie z kwaterą dowództwa 11. Grupy Myśliwskiej w Uxbridge, meldując krótko: „Dywizjon 303 jest w pełni gotowy do działań operacyjnych”. Następnego dnia, 31 sierpnia 1940 roku, jednostka oficjalnie weszła do walki.
Hawker Hurricane Mk I: Niedoceniany koń roboczy Bitwy o Anglię
W popkulturze symbolem Bitwy o Anglię stał się zgrabny, całkowicie metalowy Supermarine Spitfire. W rzeczywistości to Hawker Hurricane Mk I dźwigał na swoich skrzydłach główny ciężar walk – latem 1940 roku aż 32 z 55 dywizjonów myśliwskich RAF latały na Hurricane’ach, a na ich konto przypada ponad 60 procent wszystkich zestrzelonych samolotów Luftwaffe. Dla pilotów 303 Dywizjonu przesiadka z przestarzałych polskich jedenastek na maszynę Sydneya Camma była cywilizacyjnym skokiem: otrzymali samolot z zakrytą, ogrzewaną kabiną, radiostacją nadawczo-odbiorczą, chowanym podwoziem i potężnym silnikiem Rolls-Royce Merlin III o mocy 1030 KM, pozwalającym na osiągnięcie prędkości 510 km/h.
Pod względem prędkości maksymalnej i wznoszenia Hurricane ustępował niemieckiemu Messerschmittowi Bf 109E („Emil”) o około 30–40 km/h, miał jednak dwie gigantyczne zalety w walce kołowej. Po pierwsze, dzięki grubszym profilom skrzydeł miał znacznie mniejszy promień skrętu – na wysokościach poniżej 4500 metrów Hurricane bez trudu „siadał na ogonie” każdemu Bf 109, którego pilot dał się wciągnąć w walkę manewrową. Po drugie, był niezrównanie stabilną platformą strzelecką: w przeciwieństwie do nerwowego w pilotażu Spitfire’a, Hurricane podczas strzelania długimi seriami zachowywał idealną równowagę i nie miał tendencji do drgań nosa.

Piloci Dywizjonu 303 powracający po locie bojowym w bazie RAF Northolt w październiku 1940 roku. Konstrukcja Hurricane’a – oparta na spawanej kratownicy ze stalowych rur krytej płótnem na kadłubie – cechowała się niezwykłą odpornością na ostrzał pociskami przeciwpancernymi, które przestrzeliwały poszycie bez eksplozji.
Niezwykle istotnym atutem okazała się archaiczna z pozoru konstrukcja kadłuba. Płatowiec Hurricane’a nie był skorupą duralową, lecz przestrzenną kratownicą z rur stalowych krytą impregnowanym płótnem. Gdy pociski kalibru 7,92 mm lub odłamki działek 20 mm MG FF trafiały w kadłub Hurricane’a, bardzo często przestrzeliwały go na wylot, nie powodując zniszczenia struktury nośnej ani śmiertelnych naprężeń kadłuba. Piloci wracali do baz na maszynach poszarpanych jak sita, a polscy mechanicy łatali poszycie kawałkami płótna i kleju celuloidowego w ciągu kilkudziesięciu minut, podczas gdy uszkodzone Spitfire’y wymagały wielodniowych, skomplikowanych napraw blacharskich w warsztatach polowych.
Jednostka napędowa
- Hawker Hurricane Mk I
- Rolls-Royce Merlin III (1030 KM)
- Supermarine Spitfire Mk I
- Rolls-Royce Merlin III (1030 KM)
- Messerschmitt Bf 109E-4
- Daimler-Benz DB 601Aa (1175 KM, wtrysk)
Prędkość maksymalna
- Hawker Hurricane Mk I
- 510 km/h (na 4600 m)
- Supermarine Spitfire Mk I
- 580 km/h (na 5800 m)
- Messerschmitt Bf 109E-4
- 570 km/h (na 5000 m)
Czas wznoszenia na 6000 m
- Hawker Hurricane Mk I
- 9,0 min
- Supermarine Spitfire Mk I
- 7,2 min
- Messerschmitt Bf 109E-4
- 7,0 min
Uzbrojenie stałe
- Hawker Hurricane Mk I
- 8× km Browning .303 (7,7 mm)
- Supermarine Spitfire Mk I
- 8× km Browning .303 (7,7 mm)
- Messerschmitt Bf 109E-4
- 2× działko 20 mm MG FF + 2× km 7,92 mm
Szybkostrzelność łączna
- Hawker Hurricane Mk I
- ok. 9600 strz./min
- Supermarine Spitfire Mk I
- ok. 9600 strz./min
- Messerschmitt Bf 109E-4
- ok. 1040 strz./min (działka) + 2000 km
Konstrukcja kadłuba
- Hawker Hurricane Mk I
- Kratownica stalowa kryta płótnem
- Supermarine Spitfire Mk I
- Półskorupowa, całkowicie metalowa
- Messerschmitt Bf 109E-4
- Półskorupowa, duraluminiowa
Promień skrętu
- Hawker Hurricane Mk I
- Bardzo ciasny (najlepszy)
- Supermarine Spitfire Mk I
- Średni / ciasny
- Messerschmitt Bf 109E-4
- Szeroki (tendencja do zrywania strug)
Główna rola taktyczna
- Hawker Hurricane Mk I
- Niszczenie wypraw bombowych
- Supermarine Spitfire Mk I
- Wiązanie eskorty myśliwskiej
- Messerschmitt Bf 109E-4
- Eskorta i walka o panowanie w powietrzu
Dane na podstawie dokumentacji technicznej Air Ministry oraz monografii W. Matusiaka i J. Kutznera.
Taktyka 50 metrów: Szkoła Dęblińska kontra brytyjskie schematy
Podstawowym powodem piorunującej skuteczności polskich pilotów w starciach z Luftwaffe nie był jednak sprzęt, lecz radykalnie odmienna taktyka walki. W 1940 roku brytyjskie Fighter Command obowiązywała sztywna doktryna Fighter Tactics (tzw. Fighting Area Tactics). Zakładała ona lot w zwartych trójkach w szyku „Vic” (litera V). Lider leciał na czele, a dwaj skrzydłowi musieli utrzymywać tak ciasną odległość, że większość uwagi poświęcali unikaniu zderzenia z własnym dowódcą, zamiast przeczesywać wzrokiem przestrzeń powietrzną. Co gorsza, brytyjski podręcznik zalecał otwieranie ognia z odległości 300 do 400 jardów (270–360 metrów).
Przy strzelaniu z tak dużego dystansu lekki, niespełna dziesięciogramowy pocisk karabinowy .303 British szybko tracił energię kinetyczną. Ponieważ lufy myśliwca były ustawione zbieżnie w tzw. punkcie skupienia wiązki ogniowej, poza tym dystansem pociski ulegały ogromnemu rozproszeniu. Ostrzał z 350 metrów podziurawiał poszycie niemieckich bombowców Heinkel He 111 czy Dornier Do 17, lecz rzadko przebijał płyty pancerne chroniące pilotów i zbiorniki paliwa. Bombowce wroga, choć poszarpane, utrzymywały się w szyku i bezpiecznie wracały do baz w okupowanej Francji.

Elita Dywizjonu 303 w kożuchach lotniczych Irvin przy myśliwcu Hurricane w Northolt: ppor. Mirosław Ferić, F/Lt John Kent, por. Jan Zumbach i ppor. Zdzisław Henneberg. Polacy zrewolucjonizowali taktykę walki powietrznej, wprowadzając strzelanie z minimalnej odległości 50–100 metrów.
Polacy – wychowankowie słynnej Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie – postępowali zupełnie inaczej. Przełamując brytyjskie schematy, natychmiast rozluźnili szyki, dając skrzydłowym swobodę obserwacji i manewru. Przede wszystkim jednak wprowadzili żelazną zasadę ataku z minimalnego dystansu: Witold Urbanowicz, Jan Zumbach i Mirosław Ferić powtarzali swoim pilotom, by nie naciskali spustu, dopóki sylwetka wrogiego samolotu nie zasłoni całkowicie celownika kolimatorowego. Oznaczało to podejście na odległość 50–100 metrów, w strefę ognia tylnych strzelców pokładowych Luftwaffe.
Ryzyko było olbrzymie, ale efekt porażający: z odległości 50 metrów wiązka ośmiu luf Browninga wystrzeliwująca 160 pocisków na sekundę uderzała w cel z niszczycielską, punktową gęstością. Zamiast pojedynczych dziur w poszyciu, skoncentrowany ogień dosłownie odcinał skrzydła, rozrywał silniki na kawałki i detonował zbiorniki paliwa w ułamku sekundy. Niemieccy piloci bombowców wspominali po wojnie, że ataki Polaków różniły się od brytyjskich nieprawdopodobną furią i bezkompromisowością – myśliwce z białoczerwonymi szachownicami na nosach podchodziły tak blisko, że widać było twarze polskich pilotów w goglach.
„Nigdy nie strzelam z odległości większej niż sto metrów. Najlepiej podejść na pięćdziesiąt. Dopiero wtedy widzisz nitowanie na blasze Messerschmitta i masz pewność, że żadna kula nie pójdzie w powietrze. Gdy z tej odległości naciśniesz spust, przeciwnik przestaje istnieć, zanim zdąży pojąć, co się stało.”
KontekstZasada walki kołowej w relacji dowódcy Dywizjonu 303, opisana we wspomnieniach z walk nad Londynem
Wrześniowe apogeum i Bitwa o Londyn (6–15 września 1940)
Pierwsza połowa września 1940 roku była najbardziej dramatycznym okresem całej bitwy. 6 września dywizjon stoczył ciężką walkę z wyprawą bombową nad hrabstwem Kent. Podczas tego starcia myśliwiec kpt. Zdzisława Krasnodębskiego został trafiony przez Messerschmitta 109. W kabinie eksplodował zbiornik paliwa, a płomienie ogarnęły polskiego dowódcę. Krasnodębski zdołał wyskoczyć na spadochronie, doznając potwornych poparzeń twarzy i rąk, co wyeliminowało go z dowodzenia na wiele miesięcy. Ranny został także por. Jan Daszewski. Dowództwo nad jednostką objął por. Witold Urbanowicz – bezwzględny, genialny taktyk i charyzmatyczny przywódca.
Dzień później, 7 września, marszałek Rzeszy Hermann Göring popełnił fatalny w skutkach błąd strategiczny. Zamiast kontynuować niszczenie stacji radarowych i lotnisk myśliwskich Fighter Command na południu Anglii (co stawiało obronę brytyjską na skraju załamania), nakazał skierowanie wszystkich sił Luftwaffe na bombardowanie Londynu. Miała to być zemsta za wcześniejszy nocny nalot bombowców RAF na Berlin oraz próba złamania morale brytyjskiej ludności cywilnej. Dla Fighter Command oznaczało to bezcenny oddech: stacje radarowe i bazy mogły pracować bez przeszkód, a niemieckie formacje leciały teraz głęboko nad terytorium Anglii, operując na skraju zasięgu myśliwców eskorty.

Płk pil. Witold Urbanowicz – dowódca Dywizjonu 303 od 7 września 1940 roku. Należał do najskuteczniejszych asów całej Bitwy o Anglię, uzyskując 15 zestrzelonych samolotów wroga w okresie walk nad Wielką Brytanią. Po bitwie służył m.in. jako attaché lotniczy w Waszyngtonie i walczył ochotniczo w Chinach w składzie amerykańskiej 14. Armii Lotniczej „Latających Tygrysów”.
Kulminacja kampanii powietrznej nastąpiła w niedzielę 15 września 1940 roku – dzień ten przeszedł do historii jako Battle of Britain Day. Luftwaffe rzuciła do potężnego uderzenia na stolicę imperium setki bombowców w asyście chmary myśliwców. Dywizjon 303 startował tego dnia dwukrotnie w pełnym składzie. Polacy przechwycili wyprawy bombowe w rejonie Kenley i Gravesend, bezlitośnie rozbijając formacje Dornierów 17 i Heinkli 111, a Urbanowicz poprowadził atak prosto przez ścianę ognia eskorty Messerschmittów.
W ciągu zaledwie jednego dnia dywizjon zgłosił zestrzelenie 15 samolotów niemieckich na pewno i jednego prawdopodobnie, nie tracąc ani jednego pilota (dwie maszyny zostały uszkodzone, ale zdołały wylądować). Katastrofalne straty poniesione przez Luftwaffe 15 września ostatecznie przekonały Adolfa Hitlera, że brytyjskie lotnictwo myśliwskie nie zostało zniszczone, a zdobycie panowania w powietrzu nad kanałem La Manche jest niemożliwe. Dwa dni później, 17 września 1940 roku, Führer wydał rozkaz bezterminowego odroczenia operacji „Lew Morski” (Seelöwe) – inwazji morskiej na Wyspy Brytyjskie.
Josef František: Samotny wilk z Czech i as nad asami
W gronie polskich pilotów 303 Dywizjonu szczególną, wręcz legendarną pozycję zajmował sierżant Josef František. Pochodzący z Otaslavic pod Prostějovem czeski lotnik po zajęciu Czechosłowacji przez Wehrmacht przedarł się do Polski, gdzie wstąpił do polskiego lotnictwa. Po klęsce wrześniowej i kampanii francuskiej kategorycznie odmówił dołączenia do nowo tworzonego czechosłowackiego 310 Dywizjonu RAF, oświadczając krótko, że jego braćmi i towarzyszami broni są Polacy i tylko z nimi pójdzie do walki.
František był pilotem o genialnym instynkcie myśliwskim, ale zupełnie nie mieścił się w ramach wojskowej dyscypliny. Szybko wypracował własną, wysoce ryzykowną metodę walki: podczas starcia formacji z Luftwaffe odłączał się na małej wysokości od dywizjonu, leciał samotnie nad kanał La Manche i tam, czatując na granicy francuskiego wybrzeża, dopadał uszkodzone lub wracające na resztkach paliwa niemieckie maszyny. Ta samowolna metoda („metoda Frantiska”) budziła wściekłość oficerów brytyjskich, którzy domagali się postawienia go przed sądem polowym za niesubordynację.

Sierż. pil. Josef František – najskuteczniejszy aliancki pilot Bitwy o Anglię. W ciągu 28 wrześniowych dni 1940 roku zestrzelił na pewno 17 samolotów Luftwaffe. Zginął tragicznie w katastrofie lotniczej 8 października 1940 roku w Cuddington Way w hrabstwie Surrey.
Dowódca dywizjonu Witold Urbanowicz znalazł genialne rozwiązanie problemu niesfornego sierżanta: formalnie mianował go „gościem dywizjonu” (guest of the squadron), dając mu oficjalną swobodę operowania jako wolnemu strzelcowi. Wyniki Františka zaszokowały całe RAF Fighter Command: w ciągu zaledwie 28 dni września 1940 roku Czech zestrzelił na pewno 17 niemieckich maszyn (w tym 9 myśliwców Bf 109 i 8 bombowców He 111, Do 17 i Ju 88) oraz jedną prawdopodobnie, stając się bezapelacyjnie najskuteczniejszym alianckim asem całej Bitwy o Anglię.
Jego błyskotliwa kariera zakończyła się nagłą tragedią. 8 października 1940 roku, podczas powrotu z rutynowego patrolu bojowego, Hurricane Františka (nr seryjny R4175) zawadził końcówką skrzydła o drzewo przy próbie podejścia na małej wysokości i rozbił się w Cuddington Way niedaleko Ewell w hrabstwie Surrey. Pilot poniósł śmierć na miejscu w wieku niespełna 27 lat. Został pochowany z pełnymi honorami wojskowymi na cmentarzu w Northwood, opłakiwany przez całą jednostkę jako jeden z najodważniejszych żołnierzy koalicji antyhitlerowskiej.
Spór historyków: 126 zestrzeleń wojennych kontra weryfikacja archiwalna
Najbardziej zażarty spór w historiografii Bitwy o Anglię dotyczy rzeczywistej liczby samolotów wroga zniszczonych przez Dywizjon 303. Przez pół wieku w powszechnej świadomości funkcjonowała kanoniczna liczba podana w oficjalnym komunikacie Ministerstwa Informacji Wielkiej Brytanii oraz uwieczniona w reportażu Arkadego Fiedlera: 126 samolotów zestrzelonych na pewno, 34 prawdopodobnie i 19 uszkodzonych. Według tego zestawienia Dywizjon 303, mimo że wszedł do walki dopiero w drugiej połowie bitwy, miał osiągnąć wynik blisko trzykrotnie przewyższający średnią innych dywizjonów RAF.
Przełom w badaniach nastąpił na przełomie XX i XXI wieku, gdy historycy lotnictwa – w tym Jerzy B. Cynk, Jacek Kutzner, Robert Gretzyngier oraz Wojciech Matusiak – uzyskali pełny dostęp do mikrofilmów akt niemieckiego dowództwa (Generalquartiermeister der Luftwaffe 6. Abteilung) przechowywanych w Imperial War Museum oraz Bundesarchiv-Militärarchiv we Fryburgu. Niemieckie rejestry strat personalnych i sprzętowych były prowadzone z pedantyczną dokładnością na potrzeby wypłat odszkodowań, uzupełnień fabrycznych i emerytur wojennych, odnotowując każdy zniszczony i uszkodzony samolot wraz z numerem seryjnym Werknummer.
Wyniki weryfikacji strat Luftwaffe z rąk Dywizjonu 303
Skrupulatne badania Jacka Kutznera i Jerzego Cynka, polegające na zestawieniu każdego lotu bojowego Dywizjonu 303 (godzina, sektor, wysokość, typ atakowanego samolotu) z dziennikami strat konkretnych pułków Luftwaffe (KG 2, KG 3, KG 76, JG 26, JG 51, ZG 2), wykazały, że piloci 303 Dywizjonu zestrzelili na pewno bezspornie 58 do 60 samolotów niemieckich, a dalsze kilkadziesiąt ciężko uszkodzili. Oznacza to wskaźnik zweryfikowanych sukcesów na poziomie około 47 procent oficjalnych zgłoszeń wojennych.
Czy redukcja ze 126 do 58–60 zestrzeleń odbiera chwałę polskim lotnikom? Współcześni badacze są w tej kwestii absolutnie jednomyślni: kategorycznie nie. Zjawisko przeszacowywania sukcesów (tzw. overclaiming) było powszechną, w pełni naturalną cechą walk powietrznych II wojny światowej. Wynikało z ogromnej dynamiki starć przy prędkościach przekraczających 500 km/h: piloci walczyli w przeciążeniach, w dymie, mając ułamki sekund na ocenę sytuacji. Bardzo często do jednego spadającego w dymie bombowca strzelało w różnych momentach 2–3 pilotów, a każdy z nich – w dobrej wierze – zgłaszał po powrocie zestrzelenie tej samej maszyny. Dodatkowo czarny dym z gwałtownie dławiących się silników Daimler-Benz DB 601 po manewrze ujemnego przeciążenia był notorycznie brany przez myśliwców za pożar silnika.
Co najważniejsze, wskaźnik overclaimingu w Dywizjonie 303 (wynoszący około 2,1 : 1) był niemal identyczny, a wręcz niższy niż w czysto brytyjskich formacjach RAF. Przykładowo, w słynnym 603 Dywizjonie RAF wskaźnik ten wynosił 2,3 : 1, a w 609 Dywizjonie blisko 2,5 : 1. Dokładnie to samo zjawisko dotyczyło niemieckich asów Luftwaffe – piloci Jagdgeschwader zgłaszali zestrzelenie dwukrotnie większej liczby maszyn RAF, niż wynosiły rzeczywiste brytyjskie straty. Jak podkreśla historyk Wojciech Matusiak, nawet po najbardziej bezwzględnej weryfikacji archiwalnej Dywizjon 303 pozostaje numerem jeden wśród wszystkich jednostek RAF Fighter Command pod względem liczby zniszczonych maszyn w relacji do czasu spędzonego na linii frontu.
„Zawyżanie strat przeciwnika nie miało nic wspólnego z fałszerstwem. W walce kołowej nie ma czasu na prowadzenie statystyk. Widziałeś maszynę w dymie idącą w dół, a sekundę później na twoim ogonie wisiał kolejny Messerschmitt. Polacy nie fantazjowali bardziej niż Anglicy czy Niemcy. Faktem bezspornym pozostaje, że nikt w tamtych krytycznych tygodniach nie strzelał celniej i nie zadał Luftwaffe tak ciężkich ciosów jak 303.”
KontekstPodsumowanie badań archiwalnych nad stratami Luftwaffe w monografii 303. Dywizjonu
Niezauważeni bohaterowie: Polska obsługa naziemna w Northolt
W cieniu asów myśliwskich pozostawała grupa, bez której żaden sukces w powietrzu nie byłby możliwy: blisko 150 polskich mechaników, zbrojmistrzów, silnikowców i radiomechaników pod dowództwem kpt. inż. Wilhelma Piotrowskiego. Podczas gdy brytyjskie dywizjony zmagały się z chronicznymi przestojami sprzętu, w 303 Dywizjonie sprawność maszyn stała się legendą bazy Northolt. Polscy mechanicy pracowali pod gołym niebem, często po 18–20 godzin na dobę, nie przerywając pracy nawet podczas alarmów przeciwlotniczych.

Piloci i mechanicy Dywizjonu 303 przy myśliwcu Hawker Hurricane w bazie RAF Northolt. Niezwykła wydajność polskiej obsługi technicznej pozwalała na utrzymanie w gotowości bojowej aż 14–16 maszyn jednocześnie, podczas gdy brytyjskie jednostki operowały średnio 8–10 sprawnymi myśliwcami.
Pomiędzy kolejnymi falami nalotów mechanicy mieli zaledwie 15–20 minut na pełne zatankowanie maszyn paliwem 100-oktanowym, uzupełnienie glikolu w układzie chłodzenia, załadowanie 2680 nabojów do ośmiu karabinów maszynowych oraz załatanie przestrzelin w płótnie. Zamiast czekać na dostawy fabryczne części zamiennych, polscy rusznikarze improwizowali narzędzia, prostowali wygięte popychacze i polerowali mechanizmy spustowe, zmniejszając ryzyko zacięcia broni w locie niemal do zera. To właśnie dzięki nim dowódca eskadry mógł w każdej chwili poderwać w powietrze 12 pełnosprawnych maszyn, co w krytycznych momentach nalotów na Londyn decydowało o odparciu ataku.

Mechanicy i zbrojmistrze Dywizjonu 303 podczas przezbrajania skrzydłowych karabinów maszynowych Browning kalibru 7,7 mm. Szybkość załadunku taśm amunicyjnych i regulacji mechanizmów decydowała o tempie ponownego startu jednostki do walki.
Głosy dowódców: Autentyczne świadectwa epoki
„Had it not been for the magnificent material contributed by the Polish squadrons and their unsurpassed gallantry, I hesitate to say that the outcome of the battle would have been the same.”
KontekstDowódca RAF Fighter Command w oficjalnym sprawozdaniu z Bitwy o Anglię opublikowanym w The London Gazette
„Polacy walczyli z zaciekłością i determinacją, która budziła podziw w całym sektorze. Ich natarcia na wyprawy bombowe były bezkompromisowe: podchodzili do celów tak blisko, że dym z niemieckich maszyn okopcał ich własne wiatrochrony. Wprowadzili do bitwy ducha ofensywnego, którego tak bardzo potrzebowaliśmy.”
KontekstDowódca 11. Grupy Myśliwskiej RAF osłaniającej Londyn i południowo-wschodnią Anglię w 1940 roku
„Gdy wracaliśmy z lotu, ręce drżały z wysiłku i adrenaliny, ale na twarzach chłopaków widać było dziką satysfakcję. Wiedzieliśmy, że każda strącona niemiecka maszyna to mniej bomb na Warszawę, mniej czołgów na naszych drogach i jeden krok bliżej do wolnej Polski.”
KontekstWspomnienia asa Dywizjonu 303 (8 potwierdzonych zestrzeleni w Bitwie o Anglię)

Por. pil. Zdzisław Henneberg, brytyjski dowódca eskadry F/Lt John Kent oraz por. pil. Marian Pisarek przy skrzydle Hurricane’a w październiku 1940 roku. Kanadyjczyk John Kent, początkowo sceptyczny, stał się jednym z najgorętszych obrońców i przyjaciół polskich pilotów, z dumą nosząc przydomek „Kentowski”.

Grupa pilotów Dywizjonu 303 podczas analizy zadań operacyjnych w pokoju odpraw bazy Northolt. Precyzyjne nanoszenie tras wrogich wypraw na mapy siatkowe RAF i szybki start alarmowy (Scramble) w 3 minuty od sygnału były fundamentem obrony Londynu.
Odpoczynek w Leconfield i bilans końcowy
11 października 1940 roku, po wyczerpujących sześciu tygodniach nieustannych walk na pierwszej linii frontu, dowództwo Fighter Command podjęło decyzję o wycofaniu Dywizjonu 303 ze strefy bezpośrednich działań bojowych. Zdziesiątkowana, przemęczona jednostka zdała sektor Northolt i została przebazowana na odpoczynek i uzupełnienie kadr do bazy RAF Leconfield w hrabstwie Yorkshire. Na miejscu piloci kontynuowali patrole osłonowe konwojów morskich i szkolili nowo przybyłych ochotników.

Chwila wytchnienia po piekle walk nad Londynem. Por. Jan Zumbach i ppor. Mirosław Ferić ze szczeniakiem maskotką dywizjonu na lotnisku RAF Leconfield w październiku 1940 roku. Obaj należeli do czołowych asów jednostki; Ferić prowadził bezcenną kronikę dywizjonową, tzw. Pamiętnik Fericia.
W grudniu 1940 roku w uznaniu bezprzykładnego męstwa i wkładu w ocalenie nieba nad Anglią czterej wybitni oficerowie jednostki – kpt. Witold Urbanowicz, por. Jan Zumbach, ppor. Mirosław Ferić oraz ppor. Zdzisław Henneberg – zostali odznaczeni przez brytyjskie dowództwo Zaszczytnym Krzyżem Lotniczym (Distinguished Flying Cross – DFC). Był to pierwszy przypadek w historii wojen, gdy to elitarne odznaczenie Królewskich Sił Powietrznych przyznano tak licznie cudzoziemcom.

Polscy kawalerowie Distinguished Flying Cross (DFC) w grudniu 1940 roku: Witold Urbanowicz, Jan Zumbach, Mirosław Ferić i Zdzisław Henneberg. Odznaczenie to było najwyższym dowodem uznania brytyjskiego dowództwa dla bojowego kunsztu polskich lotników.

Uroczysta zbiórka całego personelu Dywizjonu 303 z okazji osiągnięcia granicy dwusetnego zestrzelenia wrogiej maszyny w dalszym toku wojny. Legenda sformowana latem 1940 roku w Northolt trwała nieprzerwanie aż do końca II wojny światowej.
Ostateczny bilans udziału 303 Dywizjonu w Bitwie o Anglię to zaledwie 8 poległych pilotów przy co najmniej 58 bezwzględnie zniszczonych i kilkudziesięciu uszkodzonych maszynach Luftwaffe. Stosunek zwycięstw do strat własnych okazał się najlepszy w całym RAF-ie. Sukces ten miał nie tylko wymiar operacyjny, lecz przede wszystkim moralny i geopolityczny: w najczarniejszej godzinie wojny, gdy Wielka Brytania stała osamotniona wobec triumfującej Rzeszy, polscy piloci stali się żywym symbolem tego, że naród polski nie uległ totalitaryzmowi i potrafi bić się na równi z najlepszymi armiami świata.
Kalendarium walk Dywizjonu 303 w Bitwie o Anglię
Oś czasu
10 wydarzeńSformowanie dywizjonu w RAF Northolt
Oficjalny rozkaz utworzenia 303 Dywizjonu Myśliwskiego Warszawskiego im. Tadeusza Kościuszki pod wspólnym dowództwem S/Ldr Ronalda Kelletta i kpt. Zdzisława Krasnodębskiego.
Debiut bojowy por. Paszkiewicza
Podczas lotu ćwiczebnego por. Ludwik Paszkiewicz samowolnie atakuje wyprawę Luftwaffe i zestrzeliwuje Messerschmitta Bf 110 w pobliżu Buntingford.
Wejście do walki operacyjnej
Dywizjon zostaje oficjalnie uznany za jednostkę bojową w 11. Grupie Myśliwskiej. Pierwsza walka nad Kentem: zestrzelenie 6 maszyn wroga przy stracie 1 Hurricane’a.
Zacięta bitwa nad Dover
Przechwycenie formacji bombowców Dornier Do 17; dywizjon zestrzeliwuje 3 maszyny wroga, uszkodzeniu ulegają myśliwce Fericia i Zumbacha.
Ciężkie poparzenie Krasnodębskiego
W walce z Messerschmittami Bf 109 płonie maszyna polskiego dowódcy kpt. Krasnodębskiego, który ratuje się na spadochronie. Dowodzenie jednostką przejmuje por. Witold Urbanowicz.
Początek nalotów na Londyn (The Blitz)
Göring zmienia cel uderzeń. Dywizjon 303 w trzech starciach niszczy kilkanaście maszyn wroga, osłaniając stolicę przed zmasowanymi bombardowaniami.
Battle of Britain Day – kulminacja bitwy
Dwa starty alarmowe dywizjonu przeciwko zmasowanym wyprawom Luftwaffe. Polacy zgłaszają 15 zestrzelonych samolotów, pieczętując porażkę planu inwazji Seelöwe.
Kolejny rekordowy dzień Urbanowicza
Dywizjon zestrzeliwuje 15 maszyn Luftwaffe (w tym Urbanowicz sam strąca 4 wrogie samoloty), odpierając wyprawę bombową na zakłady lotnicze pod Londynem.
Śmierć Josefa Františka
Czeski as dywizjonu z 17 potwierdzonymi zwycięstwami ginie w katastrofie swojego Hurricane’a w Cuddington Way w hrabstwie Surrey podczas powrotu z patrolu.
Wycofanie do bazy Leconfield
Dywizjon 303 kończy działania w najgorętszym sektorze Londynu i zostaje przebazowany na odpoczynek do hrabstwa Yorkshire, zamykając swój udział w Bitwie o Anglię.
Co warto zapamiętać
- Zjawisko overclaimingu (zawyżania strat przeciwnika) nie było manipulacją ani złą wolą pilotów, lecz nieuchronną cechą walki powietrznej przy prędkościach 500 km/h, w dymie i chaosie, w którym do jednego bombowca strzelało jednocześnie kilku myśliwców. Dotyczyło w równym stopniu dywizjonów brytyjskich i niemieckich.
- Konstrukcja myśliwca Hawker Hurricane Mk I – stalowa kratownica kryta płótnem – okazała się kluczem do przetrwania: pociski przeciwpancerne Luftwaffe przestrzeliwały poszycie bez eksplozji strukturalnej, a maszyny po naprawach mechaników wracały do walki w kilkadziesiąt minut.
- Polska obsługa naziemna pod dowództwem kpt. inż. Wilhelma Piotrowskiego była fundamentem sukcesu: potrafiła utrzymać gotowość 14–16 maszyn z 18 posiadanych, podczas gdy brytyjskie jednostki operowały średnio 8–10 sprawnymi myśliwcami.
- Słynne słowa dowódcy RAF Fighter Command, Sir Hugh Dowdinga, że bez polskich dywizjonów los bitwy mógłby potoczyć się inaczej, były rzetelnym uznaniem twardych faktów operacyjnych, a nie dyplomatyczną uprzejmością.
Źródła
- 303. Dywizjon Myśliwski Warszawski im. Tadeusza Kościuszki w Bitwie o Wielką Brytanię – Jacek Kutzner, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2010
- Polacy w obronie Wielkiej Brytanii 1940-1945 – Robert Gretzyngier, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2001
- 303 Squadron: The Polish Fighter Squadron with the RAF – Wojciech Matusiak, Wydawnictwo Stratus, Sandomierz 2010
- Polskie Siły Powietrzne w wojnie 1939-1943 (tom 1) – Jerzy B. Cynk, AJ-Press, Gdańsk 2001
- Początek jutra – Witold Urbanowicz, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2008
- Ostatnia walka. Moje życie jako lotnika, przemytnika i najemnika – Jan Zumbach, Oficyna Wydawnicza Echo, Warszawa 2007
- Gorzka sława. Dywizjon 303 w Bitwie o Anglię – Grzegorz Śliżewski, Wydawnictwo Pomost, Koszalin 2003
- Dywizjon 303 – Arkady Fiedler, M. I. Kolin Ltd., Londyn 1942 (wzn. Wydawnictwo Poznańskie)
- Despatch on the Battle of Britain – Air Chief Marshal Sir Hugh Dowding, Supplement to The London Gazette, 10 September 1946
- One of the Few: A Fighter Pilot's Story of the Battle of Britain – John A. Kent, The History Press, Stroud 2008
Sebastian Baryś
Na co dzień nie zajmuję się zawodowo historią, jednak pomysł stworzenia tego serwisu dojrzewał we mnie przez kilka miesięcy. Jestem pasjonatem historii, a szczególnie okresu II wojny światowej. Dorastałem na „Sensacjach XX wieku” Bogusława Wołoszańskiego, poznając je zarówno w telewizji, jak i w formie książek oraz audycji. Pisanie publikacji pozwala mi łączyć zamiłowanie do odkrywania przeszłości z potrzebą opowiadania o niej w sposób rzetelny, przystępny i angażujący.
Czytaj dalej

4 września 1939. Odwrót z pozycji granicznych

Wrak Lancastera w Zatoce Gdańskiej. Brytyjski bombowiec leży na 11 metrach pod Gdynią
